sobota, 30 listopada 2013

Ktoś kiedyś napisał mi w komentarzach, a raczej zapytał czy zdajemy sobie sprawę z tego co zrobiliśmy i jakim wyzwaniem jest bycie rodzicem adopcyjnym? Jaka to wielka i niesamowita sprawa? Sąsiad kiedy nas pierwszy raz zobaczył z Małym powiedział prawie ze łzami w oczach: “niech was Bóg błogosławi”. Znajoma psycholog sama będąca mamą (biologiczną) powiedziała mi, że rodzicielstwo adopcyjne jest o poprzeczkę wyżej niż biologiczne. Bliska znajoma mówi, że jesteśmy wielcy. Ktoś inny zapytał o miłość, o to że niektórzy rodzice adopcyjni muszą się uczyć miłości do adoptowanego dziecka i czy to prawda?
Nie zdajemy sobie  z tego wszystkiego sprawy, że to takie niesamowite, że niebiosa nas wychwalają, że to nasze bycie mamą i tatą z adopcji jest bardziej wymagające niż to z biologii, nie czujemy się wielcy.
Wiemy za to na pewno, że miłości do naszego Synka nie musieliśmy się uczyć, my ją w sobie mieliśmy od naszego pierwszego spotkania.
Każdy dzień oddala go od tego co przeżył na samym początku swojego życia, jest jak weteran wojenny, który wrócił ze swojej wojny i nie wiemy co przeżył, ale jesteśmy po to by zapomniał, by jego ciało zapomniało. Dajemy mu całych siebie, kochamy tak jak kocha się swoje dziecko. Jak powinno być kochane każde dziecko, biologiczne, adopcyjne, nie ważne.
Ważna jest ta miłość, jedna jedyna. Bezwarunkowa.