niedziela, 11 marca 2012

Prawie codziennie odpowiadam na pytanie: czy jutro będzie lato? No ani lata ani wiosny kalendarzowej nawet jeszcze nie ma, a już mam po dziurki w nosie pocieszania, bo sama już bym chciała żeby było cieplej. Jeszcze trochę, ale mój czterolatek i tak nie pojmuje, bo on chce już sandałki, jezioro, krótkie spodenki. Mam dość też zimy, bo jak zima to mroźna i biała, a i mrozu i śniegu nie uświadczyliśmy za wiele. Jednak jest nadzieja na to, że ciepłe dni blisko, już mieliśmy pierwszy kurs na rowerku, krótki, ale zawsze.
Ten dziecięcy sposób pojmowania rzeczywistości jest jedyny w swoim rodzaju. Prosty, ufny.
Zabawa w chowanego, zawsze ten sam schemat, kryjówka w "jaju", moje pytanie: "a gdzie się schował mój synuś…?" i słyszę stłumiony chichot: "tutaaaj jest!!!". No teraz już siedzi cicho, już się nie nadziera, ale nadal potrafi w to samo miejsce schować się kilka razy pod rząd, a każda moja mowa kryjówka staje się jego kryjówką. I nie nudzi mu się. Mi tak. Jednak dzika radość Małego, kiedy udaje, że nie mogę go znaleźć jest bezcenna. Mniej się cieszy kiedy nie może znaleźć mnie. A ja czasami mam ochotę trochę dłużej posiedzieć w niedostępnym dla niego miejscu i słuchać jak nawołuje z coraz większym zwątpieniem w głosie.
Ostatnio przy rysowaniu powiedział, że chce zaprosić kolegę z przedszkola do siebie, mówię, że nie znam rodziców tego kolegi. “Mama przecież znasz, jego tata ma taką głowę, no…” I to powinno mi wystarczyć.
Bawiliśmy się przed snem zrobioną z papieru rybką na patyku. Bibik chował się pod kołderką, rybka pływała na fali, ja udawałam, że rozmawiam z rybką i jestem przekonana, że to rybka, a nie moje dziecko. Wtedy z iskrami w oczach dziecko wystawiało głowę spod kołdry, a ja się dziwiłam bardzo, że to nie papierowa kukiełka. Pełen zachwyt Małego. Zawołaliśmy tatę, który popatrzył na rybkę: "Dobra, super, tata idzie popracować, daj mi buzi i dobranoc". Spod kołderki usłyszeliśmy tylko pełen żalu głosik: “Mama, a tata mnie poznał…”.
A historia naszej choroby zakończyła się pomyślnie. Nieprzespane nocki z temperaturą poszły w niepamięć. Nasza gorąca kulka spała z nami co noc, budziła się, zlana potem, trzęsąca, szukająca moich dłoni i mówiła: “mama, ocieplaj mnie”. Zimne stópki "ocieplały się" na moim brzuchu, plecach, a także twarzy. Coś się kulce często śniło, śmiała się, krzyczała, kilka razy zarobiłam z otwartej łapki prosto w oko. Nad ranem kulka o normalnej temperaturze budziła się, szła siusiu i pytała: "mama, czemu ja tak się trząsiłem?”.
Ostatni tydzień posiedzieliśmy jeszcze trochę w domu. Długo spaliśmy i nigdzie się nie spieszyliśmy. Uwielbiam patrzeć na moje śpiące dziecko, rzadko się to zdarza, bo zazwyczaj to ono budzi nas. Łapię wtedy koniecznie za aparat. Słucham równego oddechu, widzę jak się budzi, otwiera zaspane oczy. Potargane włosy, ciepło, uśmiech. Czasami ryk rzecz jasna, tak bez powodu żeby za miło z samego rana nie było.
W końcu trzeba było wstać na sygnał budzika i do przedszkola. I pierwszy raz był lament straszny, że nie, że nie pójdzie, "przedszkol nie mama, ja nie chcę tam iść!”. Na miejscu jednak po zbadaniu terenu i stwierdzeniu, że "przedszkol" ten sam, że koledzy i koleżanki kiwające i wykrzykujące jego imię to bardzo fajne towarzystwo na kolejne dni. I został.
Kiedy skończyły mi się pomysły na wspólne zabawy podczas naszego pobytu na L4 wyciągnęłam moje farby w końcu, na razie pomalowaliśmy rakietę i latamy w kosmos. Koniecznie z turbulencjami.