środa, 29 lutego 2012

Bibik chory, dzisiaj już lepiej, ale i tak nic nam się nie chce. Wycinamy, kolorujemy, czytamy i oglądamy bajki. I śpimy w ciągu dnia, bo nocki ciężkie. Nawet zdjęć nie chce nam się robić. Nie lubimy takiego stanu. Obijamy się. Dziś leżeliśmy w łóżku do późna, jedząc płatki, Synek oglądał bajki - "to najlepszejsze lekarstwo na zachornięcie takie, mama" - niech mu będzie, że "najlepszejsze". Ja stukałam w klawiaturę i szukałam zdjęć, które zrobił nam nasz Osobisty Fotograf, lat 4. 






piątek, 24 lutego 2012

Zrobiliśmy sobie ferie od przedszkola. Trochę u Dziadków, trochę w domu.
Byliśmy w bibliotece i u fryzjera. Obcinanie włosów Bibik uwielbia, siada w specjalnym fotelu stylizowanym na motor i jazda! A nasze wizyty w bibliotece zawsze zaczynają się od wielkiego żalu, że musimy oddać jakieś książeczki aby móc wybrać sobie kolejne. Do tej pory wypożyczaliśmy tylko książki z jedną historyjką, do czytania na raz, bo długie z rozdziałami musiały być czytane za każdym razem od początku, na nic zdawały się tłumaczenia, że pierwszy rozdział już czytaliśmy. Tym sposobem nigdy nie mogliśmy skończyć lektury. Tak było jeszcze miesiąc temu, teraz czytamy naszemu Chłopcu pierwszą "poważną" książkę "Julek i Julka" autorstwa Annie M.G. Schmidt. Jeden, dwa czasami trzy rozdziały dziennie. A dziś dopiero po ośmiu się znudziło. Sympatyczna i zabawna, napisana bardzo prostym językiem, mi najbardziej podobają się postaci głównych bohaterów narysowane kreską Fiep Westendorp. I dowiedziałam się, że mój Synuś nie lubi zakładek do książek, mówię, że trzeba sobie zaznaczyć gdzie skończyło się czytać, tak jaj mama to robi w swojej książce, jednak ten pomysł spotkał się z kategoryczną odmową. "Mama ja będę pamiętał przecież". I pamięta. 
Podczas pobytu w domu graliśmy też w ulubione "Spadające małpki" oraz "Wyprawa po echo, echo", na zmianę. Mały wygrał cztery razy pod rząd, każda rozgrywka zaczynała się moimi słowami: "pamiętaj, że zwycięstwo nie jest najważniejsze, to świetna zabawa, raz wygrywasz ty, raz mama" i kończyła moimi gratulacjami dla zwycięscy. W końcu wygrałam i ja, należało mi się po aż czterech porażkach. Jednak zamiast oczekiwanego uścisku dłoni i gratulacji było: “O nieeeee!!!” i mój pionek, biedny Kłapouch pofrunął, a na jego miejsce wskoczyło Maleństwo. Kiedy poprosiłam o podniesienie mojego bohatera - zwycięscy, bo tym razem mama wygrała, pofrunęła plansza, pionki, cała reszta. Głęboki oddech i udałam się do kuchni robić obiad. Już po chwili doszły do mnie odgłosy sprzątania rozrzuconej gry, następnie skruszone dziecko ze spuszczoną główką, uczepiło się moich nóg i wymamrotało: "Grrratuluję ci mamo". Przeprosiny, buziak, ale i tak nadal trudno pogodzić się z przegraną, pracujemy nad tym. Żeby nie było, że tak łatwo wybaczam, mały winowajca dostał do starcia marchewkę, czym był zachwycony! Połowę zjadł, połowę utarł. Na pewno część wylądowała też na nim, na stole, na podłodze. Co tam, przynajmniej obiad zrobiłam bez ciągłego przerywania, jedyne co, to musiałam zerkać ile już pracy mój pomocnik wykonał i podziwiać, że tak dużo. 
Potem w czasie zabaw rozmaitych mój Synek zażądał aparatu fotograficznego: miś i auta zostały uwiecznione, kiedy sama zaczęłam się wdzięczyć do aparatu, usłyszałam krótkie: "mama nie". Cóż, znudziłam się chyba jako modelka. Na osłodę dostałam do spróbowania walentynkowego lizaka.
Szkoda, że już koniec ferii, ale może znowu niedługo zrobimy sobie takie własne ferie, jednodniowe chociaż i Tatę też poprosimy żeby zrobił sobie wolne od pracy. Na pomalowanie korytarza.
A dziś mój przedszkolak zaliczył drugą wycieczkę, na przedstawienie "Czerwony Kapturek" w Teatrze Animacji. Kiedy wracaliśmy do domu tak sobie donośnie śpiewał: “Szedł sobie Czerwony Kapturek, wszednął do lasu, a tam wilk, a nie… babcia! I dostał czekoladę. Babcia uciekała, bo się wilka bała! A wilk go zjadł... Mam cebulę na cebulę, będę ją nosiła mówię wam… Mama, kupeee!!!”.













środa, 15 lutego 2012

Małe radości w zwykły dzień. Czasami ciężko ruszyć się z kanapy, ale niedzielny spacer jest obowiązkowy. Czasami jednoczy zwaśnione dusze dorosłych, a czasami nie, ale wystarczy cieplejsze spojrzenie chociaż i cała reszta: śnieg z którego i tak nie dało się ulepić bałwana, radość Synka z bycia na tym śniegu i w śniegu, gdyby można było to po same uszy i chęć zabrania białego puchu do domu, a nawet marznące palce przy robieniu zdjęć. Puch zabraliśmy: pełno go było na czapie, kurtce, spodniach, szybko stopniał, żal był krótki. Upiekliśmy ciacha z jabłkiem i cynamonem, popiliśmy je mlekiem. Potem próba generalna przebrania pirata na balik w przedszkolu. Hasło przewodnie: "Na pirackim statku". Nasz pirat "Kaprawe Oko" wyglądał fenomenalnie, jak nie pirat trochę popłakał sobie kiedy coś nie przypasowało w rozkładzie dnia. Wystarczyło poprzytulać i usłyszeć najsłodsze: "moja ty cyganko, moja kruszynko, szczęście moje wielkie". Ładnie mi Synuś mówi. Cyganką bywam od sylwestrowego balu przebierańców, kruszynką nazywa nasze 17 kilo jedna z Babć, szczęście moje - tak mówię ja, a przymiotnik został dodany spontanicznie. Tata usłyszał "mój tatuś bombatuś. Tata tul mamę", do tego refren piosenki "...i brzuszek do brzuszka i buźka do buźki i tak do białego dnia..." koniecznie z naszymi brzuchami i buziami blisko siebie.
Mały rozjemca nasz.












wtorek, 7 lutego 2012

Synuś nam się ostatnio roztańczył. Przypadkowo trafiliśmy na zajęcia taneczne i już chyba zostaniemy, bo radość i euforia były ogromne. W domu po przyjściu z przedszkola i przebraniu się słyszę: "mama włącz mi śpiewanie". Włączam. "Mama rób mi zdjęcia". Robię, chociaż jest to nie lada wyzwanie przy ekspresji jaką w tańcu charakteryzuje się moje dziecko. Śmiechu dużo, dochodzą też różne akcesoria: koc, nakrycie głowy jak czepek pirata czy korona. Król pirat tańczy, tańczy i nagle oznajmia, że się zmęczył, pada na kanapę: "Już nie chcę, koniec, piciuuuuuu!!!". Wieczorem przed pójściem spać mamy "pokaz". Pierwszy koniecznie w samych majtkach na środku pokoju: podskok, obrót, wyrzut ciała w górę i z hukiem na podłogę, ukłon. Drugi pokaz w wannie, trochę wody i obroty wokół własnej osi w tempie zatrważającym, jednoznaczne skojarzenia z wijącym się piskorzem. No i wiadomo po wszystkim: ukłon. Kłania się jak profesjonalista, krzyżując nóżki, rączki na bok, główka w dół, prawie do samej ziemi. Świadkami tych fascynujących spektakli muszą być koniecznie i mama i tata, inaczej się nie liczy.
A od rana w niedzielę Tata i Syn pojechali po uprzednio już wybraną wspólnie szafę, wnosili do góry też razem. Znaczy Tata wnosił z małą, gadającą kulą u nogi, przekonując ją cały czas, że super z niej pomocnik. Po obiedzie spacer. Bardzo orzeźwiający. Bibik dużo biegał, skakał, trochę leżał na ziemi, bo: "mama, tata zobaczcie, zimna ziemia, mam strój kosmonauty i nie jest mi zimna ziemia", ja trochę gadałam żeby nie gadał tyle i nie krzyczał na mrozie, bo jeszcze chory będzie, ale na nic, to bezsensowne jest, jak dziecko tak spragnione jest obcowania z przyrodą i nie tylko. Pomysły różne przychodzą do małej główki, jak na przykład pocałowanie naszego auta przy temperaturze -10 stopni. No ręce mi opadły, kiedy się odwróciłam żeby sprawdzić dlaczego nie słyszę szurania spodni kosmonauty, a kosmonauta składał akurat pocałunek na masce rodzinnego samochodu. I znowu się nagadałam a efekt jest taki, że Małemu nic nie jest, a mnie gardło boli i coś mnie telepie. Na sam koniec spaceru odbył się  spontaniczny pokaz. Synusiowi nie spodobał się wybór drogi do domu, bo on chciał inaczej iść, rzut na ziemię, darcie się w niebogłosy, płacz. Żeby odwrócić uwagę zaczęliśmy rzucać się śniegiem (a raczej marną namiastką śniegu, który w ogóle nie chce się lepić i którego spadło tyle co kot napłakał). Zasmarkane, zaryczane Szczęście podbiegło już uśmiechnięte, zgarnęło śnieg z ziemi i rzuciło, ale tak jakoś się złożyło, że nie w obrany przez niego cel: tatę, tylko prosto na siebie. I znowu: gleba, ryk, wrzask: "zimooo, zimooooo!!!". Trzeba było odczekać swoje i jakoś dowlekliśmy się do domu. To był pokaz specjalny dla całego osiedla z efektami specjalnymi takimi jak pogłos i echo dla mieszkańców naszej klatki schodowej.
A w domu jak już się znowu nagadałam, a usteczka w podkówkę w końcu złożyły się w rozbrajający uśmiech, Chłopaki zajęły się składaniem szafy. Starszy zafascynowany był instrukcją obsługi a młodszy styropianem i możliwością kruszenia go (i kruszenie i wciąganie odkurzaczem było dlań fascynujące). Potem było w miarę zgodne wbijanie gwoździ, wkręcanie śrubek i mamy szafę piękną białą, która właśnie czeka na jej zagospodarowanie.