niedziela, 29 stycznia 2012

Czas szybko mija, kolejny rok we troje za nami. Oglądam zdjęcia, które robiliśmy przez ten okres i nadziwić się nie mogę jak mój Syn rośnie i się zmienia, ile rzeczy się wydarzyło.
Czy mogłam przypuszczać, że będę kochać aż tak? Nie potrafię tego opisać, nie umiem. A zazwyczaj przychodzi mi to z łatwością. Kiedy chciałabym nazwać to co czuję, to wszystko co wystukam na klawiaturze wydaje mi się banalne. Długo czekałam na to żeby usłyszeć najcudowniejsze słowo na ziemi: "mama" i teraz za każdym razem kiedy mój Synek je wypowiada, szepcze, wykrzykuje, czuję to czego właśnie opisać nie umiem. Szczęście, dumę, radość z tego, że jestem mamą cudownego Chłopca? Miłość do małego człowieka, który sprawia, że wiem, że żyję i po co? Niesamowitą siłę i wiarę w siebie? To wszystko i jeszcze więcej. To jest we mnie, w moim sercu. Wypełnia mnie całą.

Dziękuję Synku. Kiedyś pisałam do Ciebie nie wiedząc czy się już urodziłeś, jak wyglądasz, jaki jesteś. Tylko ja wiem jak bardzo Cię chciałam i jak ciężko było czekać. Teraz śpisz w pokoju obok. Klękam przy Twoim łóżeczku, patrzę na Ciebie, biorę w dłoń Twoją maleńką rączkę. Parę godzin wcześniej ta sama rączka z pomocą drugiej objęła moją twarz i dostałam od Ciebie mokrego, słodkiego buziaka, potem przytuliłeś się do mnie. W takich chwilach świat przestaje istnieć i jesteśmy tylko my. Jesteś moim dzieckiem, najpiękniejszym, najmądrzejszym, wyjątkowym. Tylko moim. A moje serce jest Twoje, na zawsze. I zawsze będę przy Tobie i będę kochać tak mocno, że sama tej miłości ogarnąć nie potrafię. I nie chcę. To jest miłość jedna jedyna, bezwarunkowa. Miłość matki do dziecka. Moja miłość do Ciebie.
























czwartek, 19 stycznia 2012

Trochę się działo u nas przez ostatnie dwa tygodnie, co mogłam zapisałam. Muszę chodzić z notatnikiem za Bibikiem i zapisywać jego teksty, słodka paplanina, której mogłabym słuchać bez końca. I spisywać.

Na początek stary hicior: dla urozmaicenia nudnej w sumie czynności w miejscu "gdzie król pieszo chodzi" Synuś opowiedział sobie bajkę:
"Były sobie króliczki i były sobie smoki… (cisza) … i bummmmmmm!!! Koooniec."
Mogę się tylko domyślać czego mogło dotyczyć to "bum".

Misie ostatnio bardzo często są wciągane w zabawę.
“O misiu chodź, chce ci się pić.”
I wziął pustą puszkę po herbatce i wpakował misia prawie całego do środka.
”Nooo, nic tam nie ma.”
Stoi i myśli, rozglądając się na boki gdzie ta herbatka. Wymyślił, pobiegł do kuchni i z miseczki wsypał koraliki do puszki (wcześniej nawlekał te koraliki na żyłkę, miało być coś dla mamy "do ozdoby").
”Masz misiu herbatkę, mama nie ma już brasoletki”.

Mieliśmy kolędę w zeszłym tygodniu. Opowiadałam, że przyjdzie ksiądz, że będziemy śpiewać kolędę, że będą ministranci. Poprosił o swój zeszyt i kredki, oznajmił, że narysuje coś "księdzunowi". Narysował: na środku kartki, czarną kredką - krzyż. Sam z siebie i sam z siebie od razu pokazał. "Księdzun" był zachwycony. Jeszcze z tematyki religijnej coś: w przedszkolu na religii dzieci dostały obrazek z małym Jezuskiem, który stoi z rozłożonymi rączkami, obrazek włożyłam za ramkę i stoi na półeczce nad łóżeczkiem. Wieczorem mówimy "Aniele Stróżu…", Mały przyjmuje wtedy różne pozycje, czasami uklęknie, czasami siedzi albo leży. Przypomniał sobie o obrazku, wstał, stanął przed półeczką w takiej samej pozycji jak Jezusek i z rozłożonym na boki rączkami odmówił paciorek.

A podczas układania puzzli tak sobie gada na przykład:
”… a to jest Hadson Hornet. Taaakie opony i zzzzuuuu… jedzie! A ona jak się nazywa? (cisza) Nie wiem. A on woła: Grubachna Wielgachna! … do państwa krokodylów… wypuść mnie na kilka chwil to zabiorę cię nad Nil. Czemu krokodyl mieszka nad Nil? A lefy żyją gdzie? Aaarrrrrrrrr robią. Mama już nie chcę tych puzlów."
- Puzzli. Już się znudziłeś, tak szybko?
- Tak, bo mi spadł gdzieś jeden puzl.

W miniony weekend mieliśmy poważną kontuzję, podczas wycinania nastąpiło obsunięcie się ulubionych nożyczek ze Spirder Manem (też na topie teraz, chociaż nie widział bajki, gościa uwielbia). Krzyk, krew, pot i łzy. Na szczęście plasterek pomógł. Od razu jednak było zastrzeżenie, że nic nie będzie mógł robić, a jak prysznic to on sobie rączkę położy na boczku wanny. Uspokoiliśmy, że oczywiście, że będziemy uważać, a pod plasterkiem żołnierzyki wszystko naprawią. Żeby rozśmieszyć jeszcze to, że rączkę odkręcimy i na ten bok wanny odłożymy. Synuś się nie śmiał, tylko śmiertelnie poważny zgodził się na to odkręcanie. Na drugi dzień chciałam zdjęć plasterek, ale usłyszałam, że żołnierzyki jeszcze pracują i że jemu będzie smutno jak plasterka nie będzie.

I co jeszcze? Mały dorwał nasze zdjęcie chyba sprzed 100 lat, na którym Małżonek ma dłuższe niż teraz włosy, bo teraz z przyczyn wiadomych, najkorzystniejsze fryzura robiona jest z użyciem maszynki, długość 3mm. Więc zapytał: “Dlaczego tata ma tutaj inną głowę z włosami?” A i zapytał czy mieliśmy wtedy inne buty. Jakoś tak często pyta o buty, czy my nosimy inne i czy inni ludzie też inne, a czy można chodzić bez butów, itp., itd. No i czy Zygzak ma buty, czy opony ma? Temat tych zygzakowych opon i tego czy rączki czy nogi, czy: i opony i kończyny, wałkujemy systematycznie od momentu kiedy sama opowiadając mu bajkę, powiedziałam: "… i Zygzak podał rączkę..." No i usłyszałam, że nie ma rączek tylko opony. Zasiałam jednak ziarnko niepewności.

Zaczęło się zbieractwo, trwa od jakiegoś czasu już. Zabieramy dane znalezisko do domu lub coś z domu nagle staje się bardzo cenne i trafia "do kolekcji". Potem rzecz zazwyczaj zostaje zapomniana jak na przykład kamienie, które namiętnie Mały kilka miesięcy temu kolekcjonował. Kiedy pytam do jakiej kolekcji, odpowiada lekko obruszony: “no do mojej przecież”. Kolekcja jak na razie składa się z szyszek i opon od autka jakiegoś. Jest też jeszcze patyk przyniesiony z ostatniego spaceru.

Czasami od rana tak jak w ostatnim tygodniu Szczęście nasze budzi się uśmiechnięte, szczęśliwe, pogodne, tuli się, a czasami tak jak w tygodniu bieżącym od momentu otwarcia pięknych oczu jest wszystko na nie, zły humor, skrzeczenie i marudzenie. I w tej pierwszej wersji mamy paplanie słodkie, pytania i odpowiedzi samodzielne:
“Dlaczego śpiłem z misiem dziś? Żeby mu było ciepło. I mi. O rajstopki z Zygzakiem. On ma opony jak Hudson, a ja mam opony? Mam rączki i opony jak jadę z samochodem. Mama, ja chcę do przedszkola z tatą samochodem żebym miał opony, nie rączki!” (i proszę: opony znowu)
Z tygodnia bieżącego w temacie poranków z atrakcjami: rzucanie się po łóżku i rzucanie tym co na łóżku czyli : majtkami, rajtkami i całą resztą. Tłumaczę, że nie trzeba się wściekać od rana i rzucać rzeczami, bo z czymś nie może sobie poradzić, że lepiej poprosić, mama pomoże, a jak tak się zachowuje brzydko to mamie smutno się robi, bo on przecież wie, że tak nie wolno. Itp., itd. Słucha i patrzy na mnie tymi oczętami ukochanymi. Więc pytam czy chce mi coś powiedzieć? Zazwyczaj przeprasza, a dziś: “przytul mnie i już nie rozmawiaj”. I do końca wyprawiania do przedszkola jak aniołek.
A w zeszły piątek w przedszkolu nie byliśmy, bo od rana jakoś tak katar i kaszel, choć w ciągu dnia nic już nie było. Symulant mały. Ja nie miałam nic przeciwko temu żeby sobie pobyć razem. Wyciągnięte zostały wszystkie samochody i pół dnia nam zeszło. Nowe auta przybywają, a że było sporo prezentów jest co robić  z wdrażaniem nowych.
"Hot weels" nówka sztuka został przedstawiony starym, z podziałem na role:
“Cześć, cześć jestem nowy ze sklepu!
O! cześć, dzień dobry! 
Kapcel mnie kupił … wiecie?
OOOOOOOOOOOOOO!!!"

I zdjęcia robiliśmy. Na początek ja. Nie za długo, bo wiadomo, że rośnie nam w domu fotograf i w końcu zawsze przejmuje aparat.






I zdjęcia Małego Fotografa mojego. Najpierw "martwa natura" (na zdjęciu ostatnim wspomniana wcześniej kolekcja).





W końcu i ja miałam w pełni profesjonalną sesję zdjęciową. Musiałam pozować włosami: “mama rób tak włosami jak ja”. I zarzucał główką.



I na koniec nowe rysunki, które autor kazał mi od razu z tyłu opisywać:
"Rodzina robotów: mam robot, tata robot i ja robot”

“Mama kupuje wiśnie” (skąd mu się te wiśnie wzięły nie mam pojęcia)

“Rodzina nad wieziorkiem”. Ciągle pyta kiedy będzie lato i nad jeziorko pojedziemy. Tłumaczę, że zima jest, potem wiosna i lato dopiero. “Jutro lato?” i tak w kółko. Nawet płacz straszny był, że lato ma być jutro, za chwilę, teraz, zaraz!!!” Dziś w drodze do przedszkola też pytał kiedy lato, a tu nawet jeszcze zimy tak naprawdę porządnej nie było. 

czwartek, 5 stycznia 2012

Co jakiś czas robię porządki gdzie tylko się da, układam, przekładam, wyrzucam, segreguję. Jakiś czas temu wpadły mi w ręce rysunki, kolorowanki i różne prace Bibika. Pod lupę poszły rysunki. Sam autor był akurat w domu więc oglądaniu i pytaniom nie było końca: "Dlaczego jak byłem taaaki malutki jak dzidzia to nie rysowałem? A jak troszkę większy to czemu tylko burzę umiałem? A teraz jak jest jestem taaaki duży prawie jak tata i mama to czemu już tak ładnie się nauczyłem?"
Pamiętam jak kiedyś wpadł w rozpacz straszną jak miś nie wyszedł taki jak mój. Mój Synek zabrał nieudane dzieło, krzycząc, że nie ładny ten miś i z bekiem uciekł do pokoju, zamykając się w swoim miejscu odosobnienia czyli w "jaju" (genialny wynalazek Ikea, rewelacyjne miejsce na wyciszenie się i zabawę w chowanego). Odczekałam chwilę, śmiać mi się troszkę chciało, ale przecież to poważna sprawa była,. Zapukałam, pokrywa jaja się otworzyła, smutna mina, łzy na policzkach i wybuch" "ja nie umiem narysować wcale misiaaaaaaaa!!!". Wytłumaczyłam (dusząc w sobie śmiech), że każdy rysuje tak jak potrafi i każdy rysunek jest piękny, on rysuje swojego misia tak ja umie, mama umie inaczej rysować, a taty miś wyglądałby jeszcze inaczej. "A Julki? A Szymonka? A innych dziecich?", padły jeszcze pytania, ale pogodzony z losem czterolatek wrócił do przerwanego nagle zajęcia.
We wszystkim co dotyczy Małego zachodzą zmiany. Nie tylko w tym co i jak rysuje. Co jakiś czas wydaje nam się, że z dnia na dzień wydoroślał, że przez noc bardzo się zmienił. I fizycznie - koszulki z długim rękawem jedna po drugiej wylatują z komody, bo rękaw staje się "nagle" za krótki - i psychicznie. Więcej rozumie, nie poddaje się już emocjom tak bardzo, szczególnie tym negatywnym, potrafi w lot zrozumieć, że krzykiem, płaczem, złością nic nie zdziała. A całkiem niedawno walczył jeszcze jak mały lew kiedy coś nie szło po jego myśli. Tylko spokój. Nasz i dzięki temu jego. 
Chociaż ciężko czasami go zachować. Liczenie pomaga w takich sytuacjach: po kilku "walkach" już ubrani do wyjścia, jednak coś znowu Małemu nie przypasowało, poddałam się, usiadłam na podłodze, zamknęłam oczy i zaczęłam odlicznie: "1,2,3…". Od razu zainteresowanie: "A co ty liczysz mama?" Czułam się jak bomba zegarowa, a to chyba było odliczanie do mojego wybuchu, ale mnie rozbroił tym pytaniem całkowicie. Teraz sam, czasami łkając jeszcze liczy: “1,2,3,6… już jestem spokojny!”. Ostatnio  z rana, pobudka 6.30, do przedszkola nie szliśmy, no to bajka, a ja chciałam sobie chociaż jeszcze chwilkę pospać, nie dało się, bo ciągle słyszałam: "O, mama, zobacz to, o ja chcę to kupić, o Mysia, lubię Mysię!" No, kurde niech sobie ogląda, ale cicho, niech da jeszcze pospać! Po pięciu minutach upragnionej ciszy, nie zasnęłam i tak, bo miotały mną wyrzuty sumienia więc przytulam się do ciepłego ciałka małego, a ciałko do mnie: "Już się uspokoiłaś?" No tak, sama tak do niego zawsze mówię, kiedy przychodzi do mnie skruszony po "akcji".
On uczy się od nas, my uczymy się od niego. Codziennie. I ciekawe co przyniesie nam ten Nowy Rok. Już się nie mogę doczekać.

Pierwsze bazgroły (dla mnie i tak najpiękniejsze) czyli "burze".
Jakieś pół roku temu na kartkach zaczęły pojawiać się pierwsze postacie, głównie same buźki, jeden kolor, góra dwa, bez szaleństw.
No i już teraz robi się coraz ciekawiej, więcej tematów, barw, pomysłów.
Oczywiście mama też rysuje dla towarzystwa. Musi: "mama chodź tu do mnie rysować! No, rysujemy czy nie rysujemy?"
A wystawka na lodówce zmienia się co jakiś czas. Chociaż ostatnio przewagę zyskały kolorowanki i wyklejanki. Nad tymi drugimi Mały może siedzieć godzinami, ale o tym może kiedy indziej.