piątek, 14 grudnia 2012

Tyle się ostatnio dzieje w życiu mojego Synka, tyle się zmienia, a ja wszystko zapisuję sobie na kartkach, w pamięci, w sercu. Kolejny rok za chwilę za nami, kolejny od tego pierwszego "mama", pierwszego dotyku małej rączki, pierwszego uczucia bliskości z moim Małym Człowiekiem. Nie ważne ile jeszcze czasu minie, ja cały czas będę czuła to tak samo mocno jak wtedy, kiedy pierwszy raz Go zobaczyłam. Łapię się często na tym, że specjalnie nie reaguję na Jego wołanie, żeby jeszcze raz zawołał. Że kiedy zasypia i budzi się szukając mojej dłoni, wciska w nią swoją małą rączkę, przedłużam tą chwilę ile mogę. Że rozpiera mnie coś niesamowitego, kiedy mogę komuś powiedzieć: "ja mam Syna". Że kiedy patrzę na Niego to zapominam o tym wszystkim co było, zanim Go nie było i mam wrażenie, że był od zawsze. Gdzieś w środku, kiedy czekałam na Niego. Na ten mój własny cud, na który tak bardzo się liczy w tym przedświątecznym okresie. Mój cud trwa, rośnie, zadziwia mnie każdego dnia, uczy cierpliwości, radości z byle czego, testuje moje granice, doprowadza do łez i dzikiego śmiechu, tuli się i mówi: "mamuś, mamuś, moja mamcia".
JEST.  








środa, 31 października 2012

Są takie chwile, kiedy mój Synek przychodzi do mnie, bierze mnie za rękę i mówi: "do mamy, przytulać". Rzucam wtedy wszystko, kładziemy się na kanapę i tulimy, tak długo jak jest to potrzebne. Jemu i mi. Czasami myślę, że może mi nawet bardziej. Nie ma nic piękniejszego dla mnie jak poczuć bliskość mojego dziecka, zapach, gładkość skóry i to coś w środku, co wypełnia mnie całą. Coś co jest nie do opisania, co powoduje, że płaczę, ale ze szczęścia. Czuję to za każdym razem gdy Mały jest przy mnie. Jestem wtedy najszczęśliwszą kobietą na ziemi. Mamą.







czwartek, 11 października 2012

Jesień. A ja ciągle tkwię jeszcze w lecie, myślami i na blogu. Szybko to muszę zmienić. Jeszcze tylko ostatnia notka o lecie, bo pod koniec wakacji wydarzyła się wielka rzecz: Bibik nauczył się jeździć na dwóch kółkach. Tadam! Dumni strasznie byliśmy, a on sam omal nie “pęknął” z tej dumy. Sam poprosił o odkręcenie kółek, wcześniej było już kilka nieudanych prób, ale z płaczem i darciem się: “tata ty mnie nie puszczaj!” więc kółka wracały na swoje miejsce. W ten wielki dzień nasz Synuś po prostu wsiadł na rower, chwilę jechał niepewnie, pierwsza próba i złapał równowagę. Kilka upadków, ale obyło się bez łez, tylko krzyki były znowu, ale inne: “tata ty mnie nie trzymaj!”. Potem było zadawane w kółko pytanie: “a czemu mama umiem już jeździć na dwóch kółkach?”, nawet o 6.20 rano budził nas tym pytaniem.
Pamiętam wszystkie Jego małe sukcesy: odstawienie pieluchy w nasze pierwsze wakacje i butelki, samodzielne spanie, nauczenie się wysmarkiwania nosa, obierania marchewki, krojenia ogórka, smarowania chleba, poznawanie literek, cyfr… mogłabym tak wymieniać bez końca. Cieszę się z tego bardzo, ale coś mnie ściska w gardle kiedy patrzę na nasze pierwsze zdjęcie naszego Małego Chłopca. Uśmiech i iskry w oczach te same. Jest tylko troszkę starszy nasz Duży Chłopiec, zmienia się. Nasze największe szczęście i to się nie zmieni nigdy.









wtorek, 4 września 2012

ANIOŁKI-MALUSZKI Dorota Gellner
Gdy dziecko usypia, na brzegu poduszki
siadają srebrzyste Aniołki-Maluszki.
Siadają cichutko wśród sennych falbanek,
wyciągają ręce pełne kołysanek.
I sny rozwijają z kłębuszków świetlistych.
Patrzcie! Już je kładą na brzegu kołyski!
A potem śpią sobie
na białych falbankach
w błyszczących koszulkach, w błyszczących piżamkach.


KRASNOLUDKI  Ewa Szelburg-Zarembina
Nie płacz, nie płacz, mój malutki!
Śpią pod progiem krasnoludki,
popod progiem, pod podłogą.
Jeszcze się obudzić mogą…
Wyjdą z norek zadziwione,
będą patrzeć w twoją stronę,
będą białą brodą kiwać.
Cos tam szeptać, naszeptywać…
Potem smutne, niewyspane
zaczną drapać się na ścianę
i zawisną u sufitu.
A o świcie przyjdzie niania,
co z sufitu muszki zgania,
niania stara, źle widząca,
krasnoludki też postrąca!
A więc nie płacz mój malutki,
niech śpią sobie krasnoludki,
niech śpią sobie z Panem Bogiem,
pod podłogą, popod progiem!


Te dwa wiersze czytamy prawie codziennie przed snem, są piękne, wzruszają mnie. Takie z dziecięcej, ufnej, rzeczywistości, w której żyją i mają się dobrze aniołki oraz krasnoludki, a Pan Bóg jest dobry.
Zdjęcia, które zrobił tak od niechcenia Tata, moje ulubione ostatnio, takie ciepłe. Nasz też prawie codzienny rytuał: całowanie w oczka, nosek, czółko, usta. Pocałunki dziecka, nie dające się porównać z niczym innym. Szczere, słodkie.
Chciałabym mieć zawsze w sobie ten spokój, który mam, kiedy czytam mojemu Synkowi te wiersze i kiedy obsypuje on moją twarz mokrymi pocałunkami. I móc zatrzymać takie chwile na zawsze w sercu i w pamięci, żeby kiedy mi źle i przestaję wierzyć - wrócić do nich. Mogę tak zrobić: czytam wiersze, patrzę na te zdjęcia i już się uśmiecham, bo wiem, że dla takich chwil warto żyć.
Nie zatrzymam jednak czasu, mój Synek rośnie. Powoli aniołki i krasnoludki pójdą w niepamięć. A może nie do końca? Może wtedy tak jak ja uwierzy w coś innego?
W coś co będzie go prowadzić, co da mu siłę i jednocześnie wrażliwość, co pozwoli mu być sobą w tym naszym dziwnym świecie dorosłych. W coś, co nie pozwoli mu zapomnieć o magii. O magii codzienności.




piątek, 24 sierpnia 2012

Każdy gorący i słoneczny dzień sierpnia spędzony w wodzie, jest lekki katar, ale co tam, warto było. Mały “runkował” jak prawdziwy “nurkowiec”, tudzież "runkowiec" i pływał po swojemu przekonany o tym, że jest najlepszy. Jeszcze rok temu wkurzał się, że woda mokra, że dzieci “chlapają” i cały czas trzeba było stać na straży z ręcznikiem żeby buźkę wycierać. Teraz rzuca się z całym impetem swojego małego ciała prosto do wody, woda zalewa twarzyczkę, a wszyscy obecni, jemu znani (i nie znani zresztą też) nad wodą muszą patrzeć i podziwiać. Z próbami  pływania też coraz lepiej. Puszcza moją rękę i próbuje, ale muszę być tuż obok. A tak niedawno wczepiał się we mnie jak rzep, nóżkami i rączkami, prawie zdzierając ze mnie górę od kostiumu i drąc się: “mama, mama trzym mnie!” Teraz prawie cały czas siedział w wodzie, na piasku jedynie króciutki odpoczynek i nie było mowy o ściągnięciu pływaczek, no chyba, że jadł akurat kanapki.
Dumna jestem bardzo. Jednak lato chyba powoli się “ludzi” - nudzi, bo Bibik pyta już o to kiedy przyjdzie zima, o śnieg, sanki i “te buty śniegowate, żeby biegać w śnieg i nie robi się nóżka mokra, no mama kiedy to będzie?”. I na dzisiejszym spacerze był szczerze zdziwiony, że przed sklepem z upominkami nie stoi Mikołaj i nie robi “hoł, hoł, hoł”. No to rozpoczynamy długi proces oczekiwania i wielu pytań dotyczących zimy, śniegu i Gwiazdki.

sobota, 11 sierpnia 2012

Czwartkowe wczesne popołudnie. Miałam robić obiad, musiał poczekać. Nie mogłam nie zrobić zdjęć dwóm chłopcom w tym samym wieku, kolegom z podwórka i z przedszkola. Chciałam wrócić do swoich zajęć, ale jakoś nie mogłam oprzeć się pokusie podpatrywania tego, co działo się w pokoju mojego Synka.
Wspólna zabawa, zgodna i konfliktowa na przemian. Potyczki słowne typu: 
Ten samochód ma najszybszejsze przyspieszenie! 
Nie ma,
Ma, 
Nie-eee! 
Taaaa-k! 
A ten?
Ma,
Nie ma,
Tak!
Nie!
I tak sobie gadali, ale rozjemca nie był potrzebny, bo w końcu się dogadywali. Jednak najbardziej niesamowite było wspólne oglądanie i "czytanie" sobie książeczek. Położyli się obok siebie i przez dobre pół godziny powstawały historie inspirowane obrazkami, fakty znane z książeczki plus inwencja własna. A ja siedziałam, słuchałam i robiłam im zdjęcia, a oni zachowywali się tak jakby mnie obok nie było. 
Był piękny, słoneczny dzień… 
Nie,
Tak,
Marek jedzie na budowę, a nie słoneczny dzień! 
Świeci słońce na niebie!
Nie ma słońca, jest budowa i kierownik, o tutaj przecież!
No dobra.

Czy to początek wielkiej przyjaźni? Takiej męskiej, prawdziwej, na całe życie? Może. Teraz to mali chłopcy, którzy mają swój mały-wielki świat. A ja lubię tak móc wkraść się do niego i cieszyć się tym, gdzie wszystko jest takie szczere i prawdziwe. Dziecinnie proste. 












wtorek, 31 lipca 2012

Ciekawe czy Bibik pokocha nasz specyficzny Bałtyk tak jak my. Z jego zachwytów nad nawet zimnym morzem i piaskiem, nawet gorącym, mogę wnioskować, że tak. Tylko, że droga nad to morze się dłuży trochę, po pół godzinie pyta kiedy będziemy na miejscu? Książeczki, piosenki, gry, drzemka - dajemy radę. Na godzinę przed celem pytanie pojawia się co parę minut. W końcu docieramy na miejsce. Nareszczie, ufff. “Mama, a kiedy pójdziemy na plażę?” I od początku. Ok, jesteśmy na plaży, “a kiedy ja pójdę do wody, bo jak się kąpam, to jest moje najulubieńsze przecież!”. I tak potrafi bez końca…