piątek, 18 listopada 2011

Bywają i takie weekendy, kiedy wszystkie plany idą w odstawkę, bo Mały nam się rozkłada. Na szczęście nie za często i na krótko. Temperatura powala i unieruchamia nasze Szczęście zazwyczaj na jedną dobę. Tylko czytanie i oglądanie bajek, wszelkie próby robienia czegoś innego kończą się płaczem więc jedyne lekarstwo to sen, chociaż broni się przed tym jak może. Biorę go na ręce, przytulam, kołyszę, śpiewam. Żałuję, że nie mogę za niego powalczyć z tym stanem, bo zdecydowanie wolę kiedy jest go wszędzie pełno, a nie kiedy ma oczka szklane, milczy i pokłada się gdzie popadnie. Wtula się we mnie, policzki gorące, łapki zimne, obserwuję w lustrze czy zamknął już oczka, śpiewam coraz ciszej i już go nie ma. Siadam na kanapie, jeszcze chwilę tak trwam w bezruchu i słucham jak oddycha, chłonę zapach, przypominam sobie czas kiedy takie drzemki w ciągu dnia były normą i czasami tak właśnie zasypiał: na moich rękach. Cudowna chwila, rozpływam się w niej. Mogłabym tak z nim siedzieć i trzymać za rączkę cały czas, ale takie kradzione chwile tylko dla siebie trzeba wykorzystać. Co jakiś czas zaglądamy do pokoiku i sprawdzamy. Śpi długo. Sen jest dobry na wszystko. Temperatura spada. Przez resztę dni: bawimy się, rysujemy, gramy, układamy, gotujemy, pieczemy, wydurniamy, robimy zdjęcia. I już tylko energia rozpiera to małe ciało. Buzia się nie zamyka, pytanie za pytaniem, sto pomysłów na minutę. Pod koniec dnia czuję, że chrypnę, moja druga połowa opada z sił, spoglądamy na zegarek odliczając już tylko minuty do kolacji i kąpieli, nie mogąc się nadziwić, że jeszcze parę godzin temu to dziecko nie miało sił na nic. No tak tyle godzin szaleństw w plecy, trzeba nadrobić stracony czas za wszelką ceną. 
Czy ja na początku napisałam, że wolę go takim właśnie niż kiedy powalony gorączką przesypia pół dnia? No tak napisałam i tak jest. Zmęczenie po takim dniu, kiedy marzy się już tylko o tym, żeby walnąć się na łóżko, daje ogromną satysfakcję z tego czasu bycia tylko dla dziecka. Od rana do wieczora.

Tata w czasie tego maratonu chciał się położyć chociaż na chwilę. I położył. Chwila trwała około minutę. Syn przyszedł:
Tata, choć się do mojego pokoju bawić!
Cały czas się bawimy, daj mi odpocząć, synek proszę, nogi mnie bolą…
Tata to pójdziesz pononutku
(powolutku), ja ci pomogę, daj mi rączkę!
I poszli. Bardzo powolutku.

Układamy drewniane puzzle z alfabetem. Mały opisuje co jest na obrazku:
A jak arbuz, arbuz jest na talerzu, B jak biedronka, siedzi na listku, C jak… cepełen kosz cytrynów…

A od wtorku w przedszkolu, panie kazały przynosić dzieciom pudełka po zapałkach, przez około trzy dni przypominają im o tym, dzieci same mają przekazać rodzicom. Mój zapomniał, dziś rano rozmawiam z nim o tym:
Czy panie kazały coś przynieść?
Nie…
Na pewno nie?
Nie…?
Pudełka po zapałkach
Acha… zapomniałem…ooo…
Błysk w oku, oznaczający, że coś jeszcze sobie przypomniał w tej chwili:
Słoń Trąbalski! Mama, jak on!

I kolejny weekend przed nami, udanego Wam życzę! Nasz bardzo towarzysko się zapowiada.





















czwartek, 3 listopada 2011

Scenariusz weekendu, kiedy nigdzie się nie ruszamy jest zawsze taki sam. Pobudka, kawa, śniadanie. Poranna toaleta, która trwa dłużej niż zazwyczaj, bo nigdzie, nikomu się nie spieszy. Dużo przytulania i rozbrajające słowa Małego: "mama, ale ty jesteś przytulna". Zabawa, czasami do upadłego. Dosłownie. Od śmiechu do łez krótka droga. A Mały potrafi z taką samą siłą i mocą cieszyć się co wściekać. Na wyciszenie kolorowanie. Zakupy, długi spacer. Do domu. Obiad. Przez weekend mężczyźni rządzą w kuchni, szef i pomocnik, czasami się gubię któremu, która rola jest przypisana. Nie dociekam, tylko wącham i czekam niecierpliwie na efekty. Karkówka z warzywami, chińszczyzna, placki po węgiersku. Potem zajadanie się pączkami. I wspólne oglądanie bajki.
Kocham takie dni i taką rutynę. Myślę sobie o tym naszym wspólnym czasie, żeby jak najczęściej, jak najwięcej. Żeby się nie spieszyć, a cieszyć. Sobą, tym co jest, nawet jeśli nie zawsze jest idealnie.
Żeby być razem. We troje. We dwoje. Dla siebie.